Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!
Sport News
Polkowicki huragan zmiótł Arkę! - sobota, 10, listopad 2018 19:42
Gładka porażka Trefla w Jastrzębiu Zdroju - sobota, 10, listopad 2018 17:35
Wynik jak w NBA - sobota, 10, listopad 2018 14:30
Wygrana za trzy punkty z Chemikiem - niedziela, 04, listopad 2018 20:23

Robię to, co zawsze chciałem robić - gram w piłkę, takie życie wybrałem...

Robię to, co zawsze chciałem robić  - gram w piłkę, takie życie wybrałem... Foto: Ziemowit BUJKO

Marcus Vinicius da Silva de Oliveira - urodzony 29 marca 1984 w Belford Roxo (Rio de Janeiro) w Brazylii, piłkarz, napastnik, grywa też jako pomocnik. Obecnie Arka Gdynia, w której występuje od sezonu 2012/2013.

Kariera w Polsce:

  • 2007/2008 (wiosna) Piast Choszczno (nie figuruje w oficjalnym składzie)

  • 2008/2009 (jesień) Czarni Żagań (nie figuruje w oficjalnym składzie)

  • 2008/2009 (wiosna) Zdrój Ciechocinek

  • 2009/2010 (jesień) Zdrój Ciechocinek

  • 2009/2010 (wiosna) Orkan Rumia

  • 2010/2011 GKS Bełchatów

  • 2011/2012 Orkan Rumia

  • 2012/2013 Arka Gdynia

  • 2013/2014 Arka Gdynia

  • 2014/2015 Arka Gdynia

Meczów w polskiej ekstraklasie 20, goli 0. 

(za www.90minut.pl)

 

Nazywasz się Marcus Vinicius da Silva.

de Oliveira. Nasze nazwiska są takie długie, ponieważ przyjmuje się je zarówno po matce (da Silva), jak i po ojcu (de Oliveira). A Marcus i Vinicius, to moje dwa imiona. Niektórzy mają po jednym, a niektórzy po dwa imiona. Ja mam dwa. 

Jakie mały Marcus miał marzenie w wieku dorastania, kim chciał zostać?

W piłkę zacząłem grać, gdy miałem 6-7 lat. Zaczynałem od gry w hali, a potem, w wieku 12-13 lat przeniosłem się na boisko. Urodziłem się w Rio de Janeiro. Mój wujek grał w piłkę. Gdy miałem 10 lat zabrał mnie na Maracanę. Bardzo mi się ten stadion spodobał, robił ogromne wrażenie, mimo że było wtedy na nim tylko około 20 tysięcy widzów. Pomyślałem wtedy, że chciałbym kiedyś tam zagrać. I moje marzenie spełniło się, gdy jako junior Vasco da Gama wystąpiłem na tym stadionie. W Brazylii ligowe mecze seniorów zawsze poprzedza mecz juniorów i miałem szczęście grać w takich meczach, jako junior.

Chciałem grać, jak mój wujek. Moi rodzice rozstali się, gdy miałem rok, wychowywała mnie mama wraz z ciocią, swoją siostrą. A wujek, to był jej mąż. On był dla mnie jak drugi tata. Zabierał mnie zawsze na mecze i mi się to bardzo podobało. 

Widziałeś siebie wtedy oczami wyobraźni w kanarkowej koszulce?

Nie, jak tak o tym nie myślę. Wiadomo, że każdy w Brazylii o tym marzy. Nie uważam się za najlepszego piłkarza na świecie, ale wiem jakie mam umiejętności. Pewnie gdybym się urodził, nie obrażając nikogo, w Macedonii, na Litwie, czy nawet tutaj, w Polsce to ze swoimi umiejętnościami bez większego trudu mógłbym trafić do kadry, ale w Brazylii... Tam jest duża konkurencja. Na tyle duża, że często nawet trudno zauważyć talenty gdzieś na niższych szczeblach rozgrywkowych. 

A ile lat jesteś tu w Polsce?

Siedem. Ósmy rok już biegnie. 

I zamierzasz tu zostać, czy też wracać do Brazylii, a może ruszyć gdzieś dalej, do Europy...?

Za ciężko nie jest. Ja mam tutaj dobre życie. Mam narzeczoną, dobry kontakt z jej rodziną, śmieję się, że wcześniej poznałem mojego przyszłego teścia, niż ją. Jest tu wiele życzliwych dla mnie osób, które chętnie mi pomagają...

Przykro mi, że nie wracam do Brazylii, do mojej mamy, mojej cioci, ale.. takie życie wybrałem. Mogę powiedzieć, że robię to, co zawsze chciałem robić - grać w piłkę, jestem tu i chcę tu zostać. Poznałem tu dziewczynę, którą kocham i która mnie kocha, w czerwcu planujemy ślub. Gdynia jako miasto też mi się bardzo podoba i chciałbym tu grać. Są tu fajni ludzie, fajni kibice. Co prawda kontrakt kończy mi się 30 czerwca, ale mam nadzieje, że uda mi go przedłużyć. A gdyby nie..., no cóż? Jestem przyzwyczajony do przeprowadzek, chociaż raz jeszcze podkreślam, że sam nie mam zamiaru stąd odchodzić. 

Jesteś w Polsce, jak powiedziałeś siedem lat. Czy trudne były początki?

Nie zaczynałem w Polsce. Akurat w Brazylii skończył mi się kontrakt w jednym klubie i wówczas ojciec mojego kolegi, z którym razem grałem, skontaktował mnie z agencją z Niemiec, która sprowadza piłkarzy z Brazylii do Europy. Miałem wówczas 23 lata, spakowałem się i pojechałem do Niemiec. Ta agencja wyszukuje piłkarzom kluby w całej Europie, więc najpierw znalazłem się na Litwie. Potem jeszcze jeździłem po wielu różnych krajach, byłem m.in. na Łotwie, w Chorwacji i w żadnym z tych krajów nie mogłem się zaaklimatyzować. To był koniec października, było mi bardzo zimno. Ja nigdy w takich warunkach wcześniej nie trenowałem, ani nie grałem w piłkę. Nigdy wcześniej nie grałem w piłkę w spodniach czy w rękawiczkach. Może to śmieszne, ale śnieg po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na Litwie. Odwiedziłem więc kilka klubów i wracałem do Niemiec. Było mi wtedy bardzo ciężko, bo praktycznie nie zarabiałem. Żyłem jedynie z „kieszonkowego” płaconego mi przez agencję. Dopiero w Chorwacji spodobało mi się na tyle (i mnie zaakceptowano), że chciałem tam zostać, ale... wówczas klub chyba nie dogadał się z agencją, co do ceny. W dniu, gdy miałem podpisać kontrakt przedstawiciel agencji zabrał mnie z powrotem do Niemiec. Święta i Sylwestra spędziłem więc w hotelu w Niemczech, a po Nowym Roku zawieziono mnie do Hanoweru, gdzie na obóz treningowy przyjechał polski klub. Była to „Flota” Świnoujście.

Pojechałem tam, trenowałem razem z nimi, brałem udział w sparringach. Dobrze wtedy grałem, trener Petr Nemec (który wówczas trenował Flotę) wyrażał się o mojej grze pozytywnie, chociaż nie widział mnie w swoim zespole, bo jak twierdził miał dosyć napastników. Wpadłem jednak w oko wiceprezesowi klubu Andrzejowi Kaliszanowi, który powiedział, że znajdzie mi klub w Polsce, gdzie będę mógł grać do końca zimy. Do Świnoujścia więc pojechałem już razem z zespołem, chociaż wiadomo było, że we Flocie nie zostanę. Andrzej Kaliszan współpracował wówczas z Michałem Leonowiczem (postać nieciekawa, co najmniej dwuznaczna, dla zainteresowanych: TUTAJ i TUTAJ  – przyp. ZB), który był wtedy sponsorem Floty. Skontaktował mnie z nim. I tak znalazłem się w czwartoligowym Piaście Choszczno. Grałem w tym klubie bez umowy, bez stałego wynagrodzenia. Co jakiś czas pan Leonowicz wypłacał mi jakieś pieniądze, bym miał za co żyć. Cały czas obiecywano mi też kontrakt w pierwszoligowym klubie. Prezes Kaliszan i pan Leonowicz liczyli chyba na awans Floty do pierwszej ligi i zwolnienie trenera Nemeca. Niestety, Flota nie awansowała, trener Nemec został, a pan Leonowicz zrezygnował ze sponsorowania Floty i kupił wówczas czwartoligowy klub „Czarni Żagań” (który awansował wówczas do zreformowanej drugiej ligi), dokąd przeniósł mnie z Choszczna. Tam nadal nie mogłem grać, bo nie miałem umowy. Jedynie trenowałem. Grałem też w sparringach. Zagrałem m.in. przeciwko Lechowi Poznań, w którym występowali wówczas Manuel Arboleda i Luis Henriquez. Wyszedł mi ten mecz, wszyscy mnie po nim chwalili. Ale jednocześnie zaczęły się też problemy, bo skończyła mi się wiza i mój pobyt w Polsce był już nielegalny. Nie miałem żadnych środków na życie, co jakiś czas pan Leonowicz wypłacał mi trochę pieniędzy, bym jakoś mógł przeżyć. Chłopaki w klubie widzieli moją sytuację i jak tylko mogli pomagali. Wyrzucono nas z hotelu, w którym mieszkaliśmy, chłopaki wynajmowali mieszkanie, więc mnie przygarnęli. Minęło pół roku, w Żaganiu nie mogłem grać. Pan Leonowicz stale obiecywał, że znajdzie mi silny klub, ale... nic się takiego nie działo. Po sezonie pojechałem do niego do Połczyna Zdroju, gdzie miał sanatorium i jakiś czas mieszkałem u niego i jako amator grałem w tamtejszym klubie. Pan Leonowicz nadal obiecywał, że załatwi mi klub. Zabrał mnie do Koszalina i tam zostawił w hotelu. Miałem tam dostać 900 zł i obiecał załatwić mieszkanie za grę w czwartej, czy w piątej lidze. Wówczas zadzwonił do mnie mój kolega z Czarnych Żagań, Mariusz Kryszak, który właśnie przeniósł się do Zdroju Ciechocinek i zaproponował mi grę w tamtejszym klubie. Wówczas ja zadzwoniłem do pana Leonowicza, powiedziałem mu, że rezygnuję z jego usług, nie chcę grać za 900 zł i że sam znajdę sobie klub. Pan Leonowicz nie oponował, zatem pojechałem z kolegą do Ciechocinka i tam podpisałem pierwszy kontrakt. Klub załatwił mi pozwolenie na pracę i mieszkanie i wreszcie mogłem poczuć się jak profesjonalny piłkarz. 

Czyli w Ciechocinku skończyły się wreszcie Twoje problemy?

Niestety, nie do końca. Można powiedzieć, że jedne się skończyły, inne zaczęły. Utrzymaliśmy się w lidze, chociaż wszyscy skazywali nas na spadek. Przegraliśmy tylko jeden mecz z Olimpią Grudziądz, która wtedy awansowała. Mariusz Kryszak odszedł do Olimpii, a ja zostałem zaproszony na testy do Wisły Płock, której trenerem był wówczas Dariusz Kubicki. On po testach chciał mnie pozyskać, ja też chciałem, ale prezes Zdroju Ciechocinek chciał za moją „skórę” dużo pieniędzy i myślał, że sprzeda mnie do Bełchatowa, do ekstraklasy, gdzie opiekunem młodej ekstraklasy został Maciej Bartoszek, mój trener ze Zdroju. W młodej ekstraklasie nie mogłem grać, z racji wieku, a pierwszy trener GKS Bełchatów, Rafał Ulatowski nie był niestety zainteresowany moją osobą. Miałem też pretensje do prezesa Zdroju, który nie chciał mnie nigdzie puścić z klubu, licząc na duże pieniądze. Postanowiłem więc wypełnić kontrakt do końca, dalej go nie przedłużać, a potem odejść za darmo. W tym czasie byłem też na testach w Jagiellonii Białystok, gdzie w tym czasie grało kilku Brazylijczyków, m.in. Hermes, Tiago Cionek, Bruno. Ale trener Michał Probierz nie miał dla mnie propozycji. W tym samym czasie zadzwonił do mnie Piotr Burlikowski z Zawiszy Bydgoszcz, wiceprezes klubu, który walczył o awans do Ekstraklasy. Trenerem był tam Mariusz Kuras. Zaproponował mi umowę bez żadnych testów i ja się zgodziłem. Po krótkich wakacjach pojechałem z zespołem na obóz treningowy. Na jednym z treningów skręciłem kostkę i wówczas prezes Burlikowski i trener Kuras zaproponowali mi rozwiązanie umowy, ponieważ obawiali się, że kontuzja nie pozwoli mi grać. Na szczęście Burlikowski, który grał kiedyś w Gdyni miał kontakty na Wybrzeżu i załatwił mi kontrakt w Orkanie Rumia. Wówczas dopiero rozwiązałem kontrakt z Zawiszą. Po kilku miesiącach mojej gry w Orkanie przypomniał sobie o mnie trener Bartoszek, który w tym czasie był już pierwszym trenerem GKS Bełchatów i widział mnie w swojej drużynie. Orkan nie chciał jednak mnie sprzedawać, zostałem więc wypożyczony. Zagrałem 20 meczów w Ekstraklasie, z Januszem Golem, Mateuszem Cetnarskim, Marcinem Żewłakowem. Szczególnie od Marcina wiele się nauczyłem na boisku i poza nim. Przez długi czas był dla mnie wzorem piłkarza. W Bełchatowie strzeliłem tylko jedną bramkę, w meczu pucharowym (z Concordią Piotrków Trybunalski – przyp. ZB). Po sezonie wróciłem z wypożyczenia do Orkana Rumia. Zagrałem cały sezon, strzeliłem 11 bramek w 26 meczach i wypatrzył mnie tam trener... Nemec, który od ponad roku prowadził wówczas Arkę. Ten sam, który nie chciał mnie w... Świnoujściu... 

To można powiedzieć historia zatoczyła koło. W pierwszym roku gry w Arce strzeliłeś 15 bramek, tyle, że już nie dla Nemeca, a dla jego następcy – Pawła Sikory. A w następnym tylko 7, ale w pucharowym meczu w Legnicy złamano Ci nogę. To Twoja pierwsza taka poważna kontuzja?

Tak poważna - pierwsza, były wcześniej inne, lżejsze, ale tak, bym miał coś złamanego, jak w tym przypadku, i żebym tak długo pauzował, to był mój pierwszy raz. 

Jak widzę, łatwej drogi tu w Polsce nie miałeś? A jak obecnie w Polsce, w Gdyni czujesz się jako obcokrajowiec?

W porównaniu z innymi krajami, w których byłem i próbowałem grać czuję się tu dobrze. W Europie jest inna kultura niż w Brazylii, tu ludzie są bardziej zamknięci, skupieni na sobie. Nie mówię, że to jest złe. Tam – bardziej otwarci. Ale już się przyzwyczaiłem. 

A z przejawami rasizmu się też zetknąłeś?

Nie raz, na boisku i poza boiskiem. Pamiętam, że na początku w Zdroju Ciechocinek kibice przyjezdni wyzywali mnie, prowokowali, a ja strzeliłem dwie bramki, wygraliśmy 3:2 i... w pewnym sensie ich uciszyłem (śmiech). Podobnie kibice Podbeskidzia w jednym z meczów ekstraklasy... 

A tu, w Gdyni?

Niestety też. Wszyscy wiedzą, gdzie mieszkamy z Glauberem (de Souza Couto, piłkarz Arki, obrońca - przyp. ZB) . Kupowaliśmy właśnie w aptece jakieś środki medyczne i wówczas przyczepiła się do nas grupa podpitych kibiców i zaczęła wyzywać nas, zwłaszcza Glaubera, od „czarnuchów”. Kiedy powiedzieliśmy im, że jesteśmy z „Arki”, stwierdzili, że Arka jest dla białych i jeden z nich opluł Glaubera. Gdybym nie był wtedy z moją dziewczyną nie wiem jak by się to skończyło, bo nikt nie ma nerwów ze stali, ale w tej sytuacji postanowiłem „wyhamować”. 

Czy to, co dziś robisz daje Ci pełne zadowolenie i satysfakcję?

Tak, daje, bo robię to, co zawsze chciałem. Gdybym tej satysfakcji nie odczuwał wówczas pewnie dawno wróciłbym do swojego kraju. A że jestem zadowolony nie myślę o powrocie. 

Gdybyś mógł cofnąć czas, co byś zmienił w swoim życiu?

To zależy, gdybym wiedział, że będzie trudno, ale po trudnych latach przyjdą te lepsze, które wielokrotnie te trudy mi wynagrodzą, to nie zmieniałbym niczego. Jeśli natomiast miałbym cały czas błąkać się po trzecich, czy czwartych ligach, z trudem wiążąc koniec z końcem (a niewiele przecież mi brakowało, by tak było), to wtedy... pewnie wolałbym z Brazylii nie wyjeżdżać. Gdybym miał także dzisiejsze doświadczenie, i mógł cofnąć czas, to pewnie inaczej pokierowałbym swoją karierą w Brazylii. Byłem młody i głupi. Nie słuchałem rad trenerów, starszych kolegów. Może wówczas nie musiałbym wyjeżdżać i błąkać się po Europie... 

Kim byłbyś, gdyby nie sport?

Trudno powiedzieć. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Zawsze chciałem być piłkarzem i nie rozpatrywałem innej możliwości. Od siódmego roku życia oglądałem mecze, kibicowałem Vasco da Gama. Później gdy byłem już w juniorach mojego ukochanego klubu miałem możliwość trenować z Romario, Edmundo, Dejanem Petkoviciem, piłkarzami, których zawsze podziwiałem. To było jak urzeczywistnienie dziecięcych marzeń. Nie wyobrażam sobie bym mógł być kimkolwiek poza piłką. 

Stan cywilny, dzieci?

Jeszcze jestem kawalerem, ale jak wspomniałem, już niedługo. Dzieci też jeszcze nie mam, ale usilnie nad tym pracuję (śmiech). 

Samochód?:

Tak, srebrny Audi TT, siedmioletni 

Ulubiona muzyka?

Nie mam jakiegoś wybranego gatunku muzyki. Lubie jej słuchać, a rodzaj zależy od okoliczności, nastroju... 

Ulubiony film?

Bardzo lubię oglądać filmy. Jakiegoś specjalnie ulubionego nie mam. Ostatnio duże wrażenie zrobił na mnie film „Siła i honor” z Cubą Goodingiem Juniorem i Robertem de Niro. To film o losach czarnoskórego marynarza w amerykańskiej marynarce wojennej. Bardzo mnie wzrusza ten film i mi się podoba. Nie będę Ci go streszczał, ale zachęcam do obejrzenia. Warto.

Książek czytam mniej, głównie dlatego, że po polsku czyta mi się jeszcze trudno, a literatury w języku portugalskim tu nie ma. W Brazylii czytałem brazylijskich autorów Paulo Coelho, a nawet Jorge Amado. 

Ulubione danie?

Nie mam takiego, jem wszystko. Nie mam problemów z wagą. Lubię wołowinę, zjem też chętnie golonkę. Jak chcę zjeść z dziewczyną dobrą kolację wybieram się do restauracji, np. meksykańskiej. Ale zdarza się czasami, że gdy mamy chęć gotujemy coś wspólnie z Glauberem, a na ogół po prostu żywimy się na mieście. 

Ulubiony sposób na spędzenie urlopu?

To zależy. Jak wyjeżdżam do Brazylii, to chętnie pogram w piłkę z kolegami, a tu... raczej wolę poleniuchować. Nie ma znaczenia dla mnie czy wypoczywam nad morzem, czy w górach, ale może wybrałbym się z dziewczyną do Egiptu na kilka dni... 

Co robisz, gdy nie uprawiasz sportu, w czasie wolnym?

Spędzam go głównie w domu, lubię oglądać dobre mecze. Czy to Liga Mistrzów, czy jakaś dobra europejska liga. Hiszpania, czy Anglia. Lubię oglądać mecze Manchesteru City, czy United, Chelsea, albo Arsenalu... 

Czyli pilot i piwo...?

Nie, na piwo pozwalam sobie tylko w weekendy, gdy jestem po meczu, a mecze ligi mistrzów odbywają się w środku tygodnia, więc wtedy nie piję. Ale po meczu, zwłaszcza wygranym..., czemu nie? Lubię sobie wypić piwo, wszystko jest dla ludzi, jak się zna umiar. 

Jak znosisz porażki i krytykę?

To zależy o jakiej krytyce mówimy. Są ludzie, którzy są z Tobą na dobre i na złe. Jak tacy mnie krytykują, to oczywiście słucham ich. Są jednak i tacy, którzy tylko krytykują. To chyba cel ich życia. Takie mam wrażenie. Takiej krytyki nie słucham i się nią nie przejmuję. Jestem sportowcem i znam swoją wartość i umiejętności. Zawsze chciałbym wygrywać, ale wiadomo, że piłka to sport, w którym nie da się zawsze wygrywać. Nie mam też pretensji do trenerów Dariusza Dźwigały, czy Grzegorza Nicińskiego że nie korzystali z moich usług, gdy byłem po kontuzji. Przecież koledzy przepracowali cały okres szkoleniowy, walczyli o miejsce w składzie, a ja miałbym je im zabrać? To byłoby nieuczciwe. Musiałbym najpierw na treningach, a potem w tych fragmentach meczów, w których dano mi szansę zagrać, udowodnić, że na to zasługuję, że jestem lepszy od nich. 

Jak fetujesz sukcesy i zwycięstwa?

Ostatnio z dziewczyną w domu. Alkoholu nie piję, jeśli o tym myślisz. Piwko po wygranym meczu, owszem, ale nic poza tym. Podobnie jak nie stosuję żadnych innych używek. Jestem sportowcem i dbam o własne zdrowie. 

Trzy Twoje najlepsze cechy?

Wydaje mi się, że jestem dobrym człowiekiem. Ze mną można wszystko, po dobroci. Czasem wystarczy porozmawiać. Ale nic „na siłę”, Nie lubię, być do niczego zmuszany. Bardzo też lubię dzieci i wydaje mi się, że one mnie też lubią. A trzecia cecha? Jestem ambitny, zawsze chcę grać jak najlepiej i wygrywać. Nie zawsze mi to wychodzi, ale chęci nikt mi nie może odmówić. Pomimo wieku, w którym bliżej mi raczej do końca kariery. (dodam od siebie – Marcus jest bardzo uczynny, lubi pomagać innym. W ubiegłym roku wziął czynny udział w akcji poszukiwania dawców szpiku dla Jacka Pietrzykowskiego, o czym pisałem na łamach „Głosu Gdyni” TUTAJ - przyp. ZB) 

Trzy wady, za które czasami siebie nie lubisz?

Czasami nie lubię siebie za to, co określiłem jak zaletę, za ten mój uparty charakter, za to, że nie daję się się nikomu do niczego zmuszać, czasem nawet wbrew korzyściom, jakie mógłbym odnieść. Ale taki jestem, i już. Czasem też mam w sobie lenia. Bywa, że nic mi się nie chce. Ale muszę wtedy to przeczekać. 

Czy Twoje życie prywatne mocno cierpi przez sport?

Nie, może czasem, gdy jestem zmęczony po treningu, nic mi się nie chce, a dziewczyna coś proponuje, spacer, czy kino. Ale mam wyrozumiałą dziewczynę i ona wtedy nie nalega. 

Wydarzenie, lub osoba, która miała największy wpływ na Twoje dotychczasowe życie?

Na pewno wyjazd z Brazylii do Europy. Długo się nad tym nie zastanawiałem, chociaż była to bardzo poważna decyzja i wymagała ode mnie wiele odwagi. Ale dzięki temu wyjazdowi jestem tym kim jestem. Zaś gdybym miał wskazać osobę, która wywarła największy wpływ na moje życie, to... moja ciocia, siostra mojej mamy. Ona była dla mnie jak druga mama. Moją mamę też kocham, ale ciocia była dla mnie wszystkim, opiekowała się mną jak własnymi dziećmi. Zrobiłaby dla mnie wszystko, a ja dla niej.

Natomiast jeśli ktoś teraz miałby zmienić moje życie, to... będzie to na pewno moja narzeczona. Już wiele zmieniła, bo na przykład... zamiast polecieć na święta do Brazylii zostałem tutaj, by spędzić je wspólnie z nią i z jej rodziną. 

Co zamierzasz robić po zakończeniu kariery, masz inny pomysł na życie?

Szczerze mówiąc nie wiem, nie zastanawiałem się jeszcze nad tym. O trenerce raczej nie myślę. Żeby skończyć studia trenerskie... no cóż, mój język chyba nie jest jeszcze na takim poziome, by myśleć o studiach. Może poprowadzę jakąś szkółkę piłkarską dla dzieci. 

Co jest dla Ciebie największą wartością w życiu?

Myślę, że przeżyć życie tak, by być z niego zadowolonym. Żeby niczego nie żałować, by żyć dobrze. Pieniądze też są potrzebne, nie jestem hipokrytą i nie powiem, że nie są dla mnie ważne. Był okres w Polsce, że nie miałem pieniędzy. Nie chciałbym przeżywać tego po raz drugi. 

Jakie masz plany na najbliższy okres, powiedzmy kilka lat?

Ożenić się, założyć rodzinę, mieć dzieci. Nie zastanawiałem się ile, zobaczymy. W każdym razie ja lubię dzieci i chciałbym je mieć. Chciałbym też już uzyskać polskie obywatelstwo. Mieszkam w Polsce wystarczająco długo, płacę podatki...

A sportowe?

Oczywiście, awansować z Arką do Ekstraklasy (śmiech) 

Masz dopiero trzydzieści lat (dla niektórych to co prawda już trzydzieści), jesteś ambitny, nie myślałeś, że może trener Adam Nawałka mógłby Cię zauważyć?

Nie myślałem o tym, ale... jakby co, to nie powiem „nie” (śmiech)

W takim razie życzę Ci zrealizowania Twoich planów i dziękuję za rozmowę.

 

 

Rozmawiał: Ziemowit BUJKO

Zdjęcia pochodzą z prywatnych zbiorów Marcusa da Silvy.

 

 

Czytany 65641 razy
Oceń ten artykuł
(3 głosów)
Dział: Twarze sportu
Ziemowit Bujko

tel. 606 924 771  

Kibicujemy tym wydarzeniom:

  

 

Najnowsze



Odwiedza nas

Odwiedza nas 320 gości oraz 0 użytkowników.

Najczęściej czytane